Data: 28.06.2025
Miejsce: Trójmiejski Park Krajobrazowy, Gdynia
Dystans: ~27 km
Start Ultra Waya ponownie zlokalizowano na gdyńskim stadionie rugby, więc na miejsce dotarłem truchtem z domu w ramach rozgrzewki. Ponownie biegłem na dystansie „Słoneczne Popołudnie”, na którym przed rokiem tryumfowałem. Pogoda dopisywała – ciepło, ale bez uciążliwego upału, jak to bywało wcześniej. Po krótkim rozciąganiu ustawiłem się z przodu stawki. Ruszyliśmy punktualnie o 12:00 – nazwa dystansu zobowiązkuje 😉

Szlaki przez leśne ostępy
Pierwsze kilkaset metrów pokonywaliśmy w tempie około 4:00 min/km. Grupa prowadząca była zwarta, a ja przez dłuższy czas biegłem na czele, korzystając ze znajomości terenu oraz nawigując z trackiem GPS. Trasa była oznaczona poprawnie, choć miejscami trzeba było przedzierać się przez krzaki i uważać na zakręty, które mogły zmylić mniej zorientowanych zawodników. Zrobienie 2 tygodnie wcześniej rekonesansu ułatwiało mi też nawigację po rzadziej uczęszczanych ścieżkach.

Obiegliśmy wschodnią stronę Witomina, a następnie minęliśmy ulicę Małokacką w pobliżu schroniska „Ciapkowo”. Gdy dwóch rywali przyspieszyło, pozwoliłem im objąć prowadzenie – czułem, że narzucone tempo było jednak zbyt intensywne. Krótko potem niemal przegapili zakręt i zboczyli w osiedle, ale zdołałem ich jeszcze zawrócić na trasę.
Na płaskim odcinku od południa Witomina utrzymywałem tempo około 4:00 min/km. Dwaj prowadzący zaczęli się stopniowo oddalać, a za sobą nie widziałem już nikogo. Kontakt wzrokowy z rywalami straciłem po kilku minutach i odtąd biegłem sam. Po pięciu kilometrach miałem na zegarku czas ~24:30.
Wiedziałem, że po tym początkowym i krętym fragmencie trasa powinna być mniej zawiła, jednak najtrudniejszym jej fragmentem będzie ostatnie 6 km i musiałem zachować dość sił na końcówkę. Czułem się bardzo dobrze, regularnie popijałem izotonik i zjadłem pierwszy żel. Starałem się utrzymać tętno w ryzach i nie zauważyłem nawet kiedy pulsometr na klatce odmówił współpracy. Pozostało bazować na pomiarze z nadgarstka, który nie był zbyt precyzyjny oraz obserwować samopoczucie. To było niezłe i czułem, że mogę utrzymać obecną intensywność jeszcze przez długi czas.

Podstępna strzałka
Za Witominem trasa skręcała na południowy zachód, w stronę Dąbrowy. Widziałem, że według tracka zaraz za przejściem pod obwodnicą powinienem skręcić w lewo w piaszczystą drogę, by po chwili odbić w pierwszą leśną ścieżkę w prawo. Dałem się jednak zmylić jednemu oznaczeniu – naderwana strzałka na drzewie zasugerowała mi wcześniejszy skręt, niestety błędny. Zegarek szybko zgłosił zejście z trasy, a brak oznaczeń w zasięgu wzroku tylko potwierdził moje obawy. Zawróciłem po chwili, tracąc około 40–50 sekund i plując sobie w brodę, że nie spojrzałem na track przed zakrętem. Wróciłem w końcu na piaszczystą drogę i znalazłem właściwe skrzyżowanie za zakrętem 100 metrów dalej, a tam już właściwie oznaczoną ścieżkę.
Dziesiąty kilometr i zarazem najwyższy punkt trasy osiągnąłem z czasem ~50:30. W porównaniu do ubiegłego roku było to szybciej o ponad dwie minuty. Fragment lasu, który podczas wcześniejszego rekonesansu sprawiał mi trudności – zarośnięty i pozbawiony ścieżki – został teraz pominięty, a zawodników poprowadzono inaczej. Dzięki temu odcinek był krótszy i bardziej biegowy. Po minięciu mostku nad Potokiem Wiczlińskim trasa prowadziła w kierunku Zielenisza. W międzyczasie przyjąłem kolejny żel energetyczny.

Na skraju lasu, minęliśmy jeszcze grupę rodzin z dziećmi przy ognisku, a po przebiegnięciu ulicy Krauzego dotarliśmy na otwarte łąki. Nadal biegłem bez kontaktu wzrokowego z innymi zawodnikami – zarówno prowadzący, jak i goniący, znajdowali się poza zasięgiem. Przewaga najszybszej pary musiała wynosiła co najmniej trzy minuty, bo tyle zajęło mi dotarcie do ulicy Chwarznieńskiej. Po jej przekroczeniu znowu zagłębiłem się w leśne dukty.
Łagodny zbieg pozwolił rozwinąć tempo w okolicach 4:00 min/km, jednak dalej starałem się już bardziej oszczędzać siły. Na 17. kilometrze zlokalizowano bogaty punkt odżywczy, nad którym pieczę sprawowali pomocni wolontariusze. Nie tracąc wiele czasu uzupełniłem softflaska, złapałem jeszcze garść orzeszków ziemnych i pognałem dalej drogą, ku przejściu pod trójmiejską obwodnicą.

Górzysta końcówka
Trasa „Słonecznego Popołudnia” po okrążeniu Chwarzna łączyła się w tym miejscu z resztą dystansów. Odtąd spotykałem więc maszerujących zawodników, którzy starali się tego dnia pokonać 52, 100 lub 160 km.
Wciągnąłem ostatni żel i przez znajome ścieżki ruszyłem w kierunku Witomina – ponownie mieliśmy je obiec od południowej strony, ale inną trasą. Na ścieżkach zaczęło się zagęszczać, pojawiali się najszybsi zawodnicy z dystansu 14 km, którzy startowali godzinę po mnie.

Wkrótce pojawiły się pierwsze skurcze w łydkach, najpierw delikatne, później bardziej odczuwalne. Między 23. a 25. kilometrem, na którymś zbiegu, jeden ze skurczów chwycił mnie mocniej, zmuszając do kilkunastosekundowego postoju. Ostatnie kilometry były najbardziej wymagające i wlokły się powoli. Trasa na tym odcinku obfitowała w szereg podejść – zarówno technicznych, jak i męczących. Na żadnym nie próbowałem już wbiegać, ograniczając tempo i skupiając się na kontrolowaniu narastającego zmęczenia.
Po minięciu „Ciapkowa” został już tylko delikatny zbieg wzdłuż ulicy Olimpijskiej i finisz na stadionie rugby. W końcówce udało mi się jeszcze przyspieszyć i przekroczyć linię mety przy gromkim dopingu kibiców.
Bieg ukończyłem z czasem 2:23:29, co dało mi 3. miejsce open 🥉🔥

Odebrałem medal i ruszyłem po pakiet regeneracyjny do pawilonu nieopodal. Tym razem na masaż się nie udało załapać, ale porozciągałem się spokojnie we własnym zakresie czekając na dekorację.
Po biegu czułem się całkiem nieźle, mimo trudności na ostatnich kilometrach trasy. Porównując do ubiegłego roku, obiektywnie patrząc, pobiegłem jednak trochę słabiej. Początek był co prawda szybszy, ale mniej bogaty w przewyższenia. Te z kolei pojawiły się w końcówce, ale pokonanie ich na zmęczonych nogach zajęło mi znacznie więcej czasu, niż rok temu, gdy największe górki znalazły się na początku. Tą samą zależność zaobserwowałem jednakże też u innych biegaczy, którzy przed rokiem uzyskiwali czasy 7-8 minut lepsze, niż w obecnej edycji.
Bieg oceniam jako udany – zarówno pod kątem wyniku, jak i realizacji strategii na trasie. Udało się uniknąć większych błędów i kontuzji, a jedyna pomyłka nawigacyjna nie kosztowała mnie miejsca w klasyfikacji. Strata do drugiego zawodnika wynosiła sporo (aż 14 minut), ogólnie konkurencja w tej edycji była mocniejsza.
Zdecydowanie pomagała też znajomość terenu oraz kontrola nawigacji, która w trailu ma często większe znaczenie niż w biegach ulicznych. Cieszę się z 3. miejsca open – to dobra motywacja na dalszą część sezonu i potwierdzenie, że forma idzie w dobrym kierunku.

